aktualnościzdjęciamultimedialne archiwum
Czwartek, 16 08 2018
Imieniny: Joachima, Nory, Stefana
Opublikowano 04-06-2018 20:29
 hosting
     Tuż przed wyborami nastroje wśród opozycji były niezbyt dobre. Odcięci od badań opinii publicznej członkowie Komitetu Obywatelskiego przewidywali, że uda im się zdobyć kilka mandatów, ale liczyli się też z możliwością całkowitej porażki. Z kolei koalicjanci PZRP byli pewni zwycięstwa „ponieważ dotąd zawsze wygrywali” i ignorowali alarmujące doniesienia o nastrojach społeczeństwa. Wczesnym rankiem w niedzielę 4 czerwca 1989 roku otworzono lokale wyborcze. Frekwencję wyborczą oceniono na niezbyt wysoką – nie głosowało ponad 10 milionów Polaków z 27 milionów uprawnionych do głosowania. Było to wynikiem postępującej apatii społeczeństwa, które nie wierzyło, że wybory mogą coś zmienić. W całym kraju nastroje były spokojne, nie doszło do żadnych rozruchów. Pierwsze wyniki zelektryzowały opozycję i PZPR. Wszystko wskazywało, że Komitet Obywatelski „Solidarność” odniósł niebywałe, miażdżące zwycięstwo. Ze 161 miejsc w Sejmie dostępnych w wolnych wyborach, w pierwszej turze opozycja zdobyła 160, a pozostały kandydat przeszedł do drugiej tury. Ze 100 miejsc w Senacie w pierwszej turze kandydaci „Solidarności” obsadzili 92, o pozostałych mandatach również miała rozstrzygnąć druga tura. Z kolei partyjni kandydaci, zajmujący 65 proc. miejsc zagwarantowanych Okrągłym Stołem nie otrzymali więcej niż kilka procent głosów (z wyjątkiem trzech, nieformalnie popartych przez „Solidarność”) i o swoje mandaty musieli walczyć w drugiej turze. Klęskę poniosła lista krajowa, z której tylko 2 na 35 startujących uzyskało więcej, niż wymagane 50 proc. głosów (a i to prawdopodobnie dzięki nieuważnemu skreślaniu przez wyborców – ich nazwiska znajdowały się na samym końcu kart do głosowania). Klęska koalicji PZPR była całkowita – na kandydatów KO „S” głosowano w wojsku, w milicji, nawet w okręgach wyborczych obsadzonych przez partyjną nomenklaturę.
     Dla władzy wynik wyborów był szokiem. Okazało się, że elita PZPR nie może liczyć na lojalność nie tylko społeczeństwa, ale też swoich własnych podwładnych. Bojąc się wybuchu antykomunistycznych nastrojów wśród społeczeństwa, władze zdecydowały się na zastraszenie decydentów opozycji. Komitetowi Obywatelskiemu zagrożono unieważnieniem wyborów, reakcją „betonu” partyjnego, nawet interwencją ZSRR, jeśli nie będzie przestrzegać okrągłostołowych ustaleń. Wszystko to było desperackim, ale sprytnym blefem – erozja partii była bardzo zaawansowana, zaś z Moskwy nie dochodziły żadne groźne sygnały. Przywódcy „Solidarności” byli jednak bardzo zaskoczeni, a nawet przestraszeni własnym sukcesem. Przywykli do polityki gabinetowej, na równi z władzami bali się rozruchów społecznych. Nie mieli też precyzyjnych informacji o nastrojach w kraju, nie mówiąc już o polityce zagranicznej. Obie strony zgodziły się więc na zmianę ordynacji w czasie wyborów (co nie było zgodne z prawem) by umożliwić wybór działaczy PZPR. Spowodowało to utratę zaufania do Komitetu Obywatelskiego przez część wyborców, pragnących szybkich zmian. W drugiej turze wyborów, która odbyła się 18 czerwca, „Solidarność” zdobyła ostatni, brakujący mandat poselski, dzięki czemu osiągnęła 100 proc. możliwych do obsadzenia miejsc w sejmie kontraktowym. Z ośmiu miejsc w senacie, opozycja zdobyła siedem. Jedyny mandat w senacie, który nie przypadł „Solidarności” zajął Henryk Stokłosa, kandydat niezależny, powiązany z władzami.



« powrót