aktualnościzdjęciaRada Regionalna SIPmultimedialne archiwumwładzeOferta wycieczkiProgram Adaptacyjność sukces przedsiębiorstwa
Sobota, 23 09 2017
Imieniny: Bogusława, Liwiusza, Tekli
STRAJK W BRODNICKIM POLMO 3 WRZEŚNIA 1980
    W zbiorowej pamięci społeczeństw wielu polskich miast funkcjonuje pamięć wielkich strajków. Te z natury dramatyczne wydarzenia coś tam zazwyczaj zmieniły, wykreowały nowych bohaterów (choćby na jakiś czas), czasem nawet nowe elity, ba stworzyły nowe miejskie legendy, lub tylko były cząstką większej całości. W Brodnicy, choć nie omijały nas rozmaite „zaburzenia społeczne” pamięć o walkach załóg zakładów pracy o swoje prawa i godność jest – powiedzmy to „na okrągło” – słaba. Przyczyn jest kilka generalnych, a do tego mnóstwo mniejszych. Miasto nigdy nie było ośrodkiem o wybujałym przemyśle, stąd z wyjątkiem POLMO (gdzie w najlepszym okresie zatrudniano około 1,5 tys pracowników) i okresu karnawału „Solidarności”, właściwie nie było szans (zaplecza) na powstanie silnych, zwartych ruchów pracowniczych. Socjaliści i komuniści też nie mieli tu łatwego życia. Przed wojną W okresie międzywojennym, gdy fabryki i warsztaty zatrudniały od kilku, do najwyżej 150 ludzi (np. Zakłady Ceramiczne K. Pawłowskiego), pomimo biedy nikt z rodowitych Pomorzaków nie chciał ich ani słuchać, ani wspierać. Dopiero w latach 30 objawiło się w Brodnicy sporo sympatyków Polskiej Partii Socjalistycznej.
   Jak się wydaje byli oni raczej politycznymi zwolennikami obozu rządzącego, niż socjalistami z przekonania, zresztą interesy tyutejszych ludzi pracy reprezentowała głównie konserwatywna Narodowa Partia Robotników (działał w niej m.in. kuzyn mojego dziadka - radny powiatu w pierwszej kadencji), która programowo nie tolerowała wszelkich objawów bolszewizmu. Najwięcej konfliktów wybuchało w okolicznych majątkach ziemskich pomiędzy robotnikami sezonowymi (przybyłymi najczęściej z Kongresówki), a dziedzicami. Tu propaganda socjalno- komunistyczna była najsilniejsza i padała na podatny grunt, lecz w samym mieście, aż do wybuchu wojny środowiska lewicy nie odgrywały w zasadzie żadnej roli. Zresztą szczęśliwie mieliśmy wówczas mądrych działaczy społecznych, zaś Rada Miejska rzeczywiście żyła problemami społeczeństwa Brodnicy. 31 maja 1926 roku założono w Brodnicy Stowarzyszenie Pracodawców i Pracobiorców, na którego czele stanął dzierżawca domeny Brodnica- Zamek Tadeusz Filipiński (ten sam, który wiele serca włożył w powstanie tzw. parku Chopina). Celem tego Stowarzyszenia była wzajemna współpraca i zapobieganie strajkom. Zwracam uwagę, że coś takiego założyli ludzie – jak na dzisiejsze standarty – skrajnej prawicy narodowej! Stowarzyszenie oddało znaczne usługi na rzecz sprawiedliwych, dobrych relacji pomiędzy pracownikami najemnymi, a właścicielami brodnickich firm. To rzecz jasna nie oznacza, że nie zdarzały się czasem nawet ostre konflikty (np. 31 maja 1932 roku ponad 80 bezrobotnych wdarło się do gmachu Magistratu, domagając się od burmistrza Blokusa pracy), ale strajki były krótkie, natomiast większość spraw rozwiązywano bez ostrzejszych konsekwencji. Mimo to, z tamtego okresu do historii brodnickiego ruchu pracowniczo związkowego przeszły dwa strajki; w brodnickiej bekoniarni Möllera i wielki, groźny strajk przy budowie linii kolejowej z Brodnicy do Rypina (na Sierpc).
   Po wojnie, przez 35 lat PRL chyba nawet zapomniano, że istnieje taka forma walki o prawa pracownicze jak strajk. Nie było go w przepisach prawa pracy, zaś sporadyczne, nieudane próby zorganizowania takiego były traktowane jako sabotaż, wroga dywersja wobec państwa (wówczas prawie wszystko było państwowe). Taki stan rzeczy trwał do 2 września 1980 roku, gdy zastrajkowali pracownicy ZSM POLMO. Choć cała akcja trwała ledwie dwa dni, to jak pamiętam wstrząsnęła społeczeństwem miasta, o mało nie doprowadziła do bardzo poważnych, już kreowanych zdarzeń, a ponadto przeszła do współczesnych legend miejskich i jest postrzegana jako ta, która zainicjowała powołanie Tymczasowego Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych (z którego nieco później powstała wówczas najliczniejsza komisja zakładowa NSZZ „Solidarność”). Pamięć o tamtych wydarzeniach jest dziś mocno przybladła. Nie ma już wielu uczestników, zatarły się szczegóły, pamięć, twarze… Taka kolej rzeczy, nawet, jeśli stoimy wobec faktu, że to był największy strajk pracowników w historii Brodnicy! Za wzmianką w monografii miasta uważa się, iż uczestniczyło w nim 1250 ludzi. Według moich ustaleń ta liczba jest trochę zawyżona, ponieważ część załogi (poza przebywającymi na zwolnieniach lekarskich) nie stawiła się w fabryce, pod pretekstem urlopów, wysadzek itp. Część zwyczajnie się przestraszyła i póki służba strajkowa nie przejęła bram – czmychnęła do domu. Z tego co wiem, nie zachowała się żadna „cywilna dokumentacja” (jest parę donosów SB-ckich kapusiów, jacy pracowali w fabryce), jednak ze wspomnień kilku działaczy związkowych, bezspornie wychodzi, że 3 września rano było w ZSM POOLMO około tysiąca pracowników. Geneza strajku Wszystkim, którzy przeżyli tamten czas przypomnę, że lato 1980 roku było niezwykle upalne. Polacy przygotowywali się do kolejnego sezonu urlopowego, gdy dość niespodziewanie 1 lipca, władze PRL wprowadziły podwyżki cen mięsa w stołówkach i bufetach zakładowych, a także podwyżki „cen komercyjnych” (a to była taka specjalność PRL, gdzie normalny towar lądował w sklepie z wyższymi cenami i wówczas można go tam było nabyć w dużo mniejszej kolejce) niektórych rodzajów mięsa i wędlin. W całej Polsce nastąpiła konsternacja, a gdzieniegdzie zamieniła się ona w gwałtowne, choć początkowo stosunkowo nieliczne strajki. Czasem stawały tylko niektóre wydziały (Zakłady Mechaniczne „URSUS” Warszawa), lecz w większości zwartych firm pracę przerywała cała załoga (PZL Świdnik). Pierwotnie chodziło wyłącznie o sprawy socjalno-płacowe. Wysuwano żądanie podwyżki o 500 – 600 złotych, do tego jakieś postulaty „poprawy warunków pracy”, a po negocjacjach i podpisaniu porozumienia szybko przystępowano do pracy. Właściwie przez cały lipiec 1980 nikt oficjalnie nie ważył się nazwać strajków – strajkami. Nawet sami strajkujący niechętnie używali tego terminu, określając swoje komitety kierujące jako np. „Komitety Postojowe” (PZL Świdnik), lub innymi „okrągłymi” nazwami. Rzecz jasna panowała całkowita blokada informacyjna na temat tych zdarzeń. Dopiero w połowie sierpnia 1980 roku, gdy stała już znaczna część firm wybrzeża zaczęto oficjalnie bąkać o „przestojach w pracy”.
   Wzrastające napięcie nie ominęło i naszego województwa (wówczas - toruńskiego). Najwyraźniej ujawniło się w Grudziądzu – wówczas mieście olbrzymich zakładów pracy, gdzie niektóre załogi liczyły po kilka tysięcy pracowników! Tam, 20 lipca, w Pomorskiej Odlewni i Emalierni 70 zatrudnionych podpisało petycję w sprawie zbyt małych podwyżek pensji. Co ciekawe – większość inicjatorów była członkami PZPR. 8 sierpnia grupa pracowników Toruńskiej Przędzalni Czesankowej „Merinotex”, „w imieniu wszystkich” wysunęła rozmaite postulaty. Wkrótce ferment rozprzestrzenił się na inne firmy i środowiska Z raportów ówczesnego komendanta wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej w Toruniu pułkownika Zenona Marcinkowskiego wynika, że mniej więcej od tego momentu szczególnie uaktywniono wszystkich donosicieli, agentów i tajnych współpracowników. Tylko w brodnickim POLMO funkcjonowało co najmniej 5 stałych donosicieli Służby Bezpieczeństwa. Miały ich także inne większe firmy w mieście: Żelatyna, Zakłady Mięsne, Przedsiębiorstwo Budownictwa Rolniczego. Do Brodnicy zaczęli docierać kurierzy z gdańską bibułą strajkową. 16 sierpnia 1980 r, na brodnickim dworcu PKP miał miejsce znamienny incydent. Pociągiem osobowym relacji Kwidzyn–Brodnica jechał wraz z kolegami mieszkaniec Płocka Stanisław Ciuliński. Otóż tenże młody człowiek pracował w gdańskim przedsiębiorstwie „Instal”, którego załoga właśnie rozpoczęła strajk solidarnościowy ze Stocznią Gdańską. Ponieważ Ciuliński miał do załatwienia jakieś pilne rodzinne sprawy (przynajmniej taka była oficjalna wersja), to komitet strajkowy zwolnił go na jakiś czas z udziału w akcji, lecz ten lojalnie czuł się zobowiązany do informowania ludzi co do przyczyn i przebiegu strajku (ten zaczął się w Stoczni Gdańskiej dwa dni wcześniej - 14 sierpnia). O tym wszystkim głośno rozmawiał ze współpasażerami, a nawet okazując jakieś druki namawiał kolejarzy, żeby wsparli pracowników wybrzeża. Jednak w drużynie kolejarskiej prowadzącej pociąg do Brodnicy był SB-cki agent, który bez większych problemów namówił pozostałych do wydania gadatliwego pasażera w ręce „władzy ludowej”. Gdy tylko skład wtoczył się na zatłoczony (mój Boże!) brodnicki dworzec, kolejarze oddali Ciulińskiego w łapy milicjantów z Posterunku Kolejowego, zaś ci odstawili go pod „opiekę” brodnickiej bezpieki. Skończyło się na wylegitymowaniu, bo żadnej bibuły, którą wcześniej widzieli świadkowie przy nim nie znaleziono (w wagonie zresztą też nie – ktoś zdążył go „uprzątnąć”).
   Tak, czy inaczej był pierwszy sygnał, że do Brodnicy zaczyna docierać zakazana propaganda. Były też inne drogi, przetarte wcześniej. Nielegalna literatura dochodziła do miasta dzięki brodnickim studentom uczącym się w uniwersytetach Gdańska i Torunia. Na przykład mój kuzyn Kazimierz (wówczas student archeologii), od jesieni 1979 roku regularnie przywoził ściąganego z Gdańska (kolportowanego też w Toruniu) „Bratniaka” (pismo Ruchu Młodej Polski), potem często przekazywał go mnie, zaś ja po przeczytaniu, czasem przepisaniu fajniejszych artykułów „puszczałem go w Brodnicę” (kilka egzemplarzy „Bratniaka” skonfiskowała mi SB w trakcie domowej rewizji w dniu 16 czerwca 1980 roku). Choć wówczas, w tamtym gorącym czasie sytuacja polityczno-społeczna tak samo nakręcała młodych brodniczaków jak nowe płyty zespołu Exodus („The Most Beautiful Day”), czy Budki Suflera („Ona przyszła prosto z chmur”), lub „Let's Groove” znakomitego Earth, Wind & Fire (w najlepsze trwała era disco!), to po pamiętnym, dramatycznym przemówieniu premiera rządu PRL Edwarda Babiucha, wygłoszonym w dniu 15 sierpnia, już nikt nie miał wątpliwości, że dzieje się coś historycznego i polityka zaczęła „kręcić” wszystkich. Znacznie pogorszyło się zaopatrzenie sklepów w podstawowe artykuły spożywcze. Już 13 sierpnia 1980 roku, po analizie donosów agentury z całego województwa kapitan Marian Kolbowicz pisał w swoim raporcie: „Niektórzy wręcz stwierdzają, że przedstawiciele naszego województwa interesują się tylko tymi sprawami, które interesują ich osobiście”. Inspektor Wydziału Paszportów toruńskiej Komendy Wojewódzkiej MO młodszy chorąży J. Lipiński zaniepokojony liczbą donosów, sam udał się do Brodnicy. Potem w raporcie napisał m.in.; „Osobiście stwierdziłem, że półki w sklepach są puste. Jak wynika z opinii obywatela Kowalczyka – kierownika największego sklepu spożywczego w Brodnicy „Junior”, sytuacja w zaopatrzeniu przedstawia się następująco: otrzymał dostawy cukru w ilości 300-400 kg dziennie. Chronicznie odczuwa się brak masła i przetworów pochodzenia zbożowego. Absolutny jest brak wyrobów cukierniczych, brak syropów, dżemów…”.
   21 sierpnia 1980 roku, kierowcy brodnickiego PKS przywieźli elektryzująca informację – stanął toruński „Towimor”. Następnego dnia agent „Janusz” donosił z brodnickiego POLMO: „Podczas przerwy śniadaniowej na wydziale W-1 głośno popierano strajkujących, a były też głosy, żeby poprzeć ich czynnie, to jest strajkować też”. Agent przekazał prawdę. Niewiele dała blokada telefoniczna (także dalekopisowa – były takie urządzenia) Gdańska i większości miast wybrzeża, a częściowo nawet komunikacji kołowej. Wiadomości rozchodziły się poprzez kurierów, plotkę i przede wszystkim zachodnie rozgłośnie, zwłaszcza Radio Wolna Europa. Do Brodnicy ta fala napięcia dochodziła jednak z pewnym opóźnieniem. Tak na dobrą sprawę mało kto, wiedział jak jest naprawdę. Przez krótki czas po wybuchu strajku w Stoczni Gdańskiej utrzymywano raczej przekonanie, iż Wolna Europa trochę przesadza z informacjami o skali protestu, zaś władza ludowa – jak zwykle – przesadza z reakcją blokując informację. Tak było, jednak gdy w okolicy 20 sierpnia pojawiło się w mieście więcej osób, które na własne oczy widziało to, co się dzieje na wybrzeżu, gdy w pobliskich dużych miastach: Toruniu, Grudziądzu, Bydgoszczy (gdzie pracowało wielu brodniczan) także pojawiły się nastroje strajkowe, a na ulicach nielegalne ulotki poczuliśmy niespokojną niezwykłość czasu. Zresztą Służba Bezpieczeństwa też chyba ją poczuła, bo po do dziś zachowanych dokumentach widać jak bardzo wzmogła swoje działania, jak zmobilizowała całą agenturę do pracy. Każda większa brodnicka firma miała co najmniej jednego współpracownika (bardziej, lub mniej świadomego), a na przykład ZSM POLMO co najmniej pięciu. To między innymi z doniesień tych gagatków powstawały w MO i SB rozmaite raporty i analizy na temat nastrojów w najważniejszych zakładach pracy regionu. Na przykład 23 sierpnia 1980 roku kapitan SB Marian Kolbowicz (Toruń) pisał w swoim raporcie-notatce służbowej: „Z rozpoznania nastrojów wśród załóg obiektów chronionych (a więc także POLMO) wynika, że przedłużająca się napięta sytuacja na Wybrzeżu powoduje zmęczenie, zniecierpliwienie. Istnieje obawa, że może doprowadzić do przestojów – z powodu braku surowca – bardzo wielu przedsiębiorstw.(…) Wielu aprobuje żądania strajkujących w zakresie wyrównania świadczeń rodzinnych do poziomu otrzymywanych przez Milicję Obywatelska i Wojsko Polskie oraz likwidacji sklepów komercyjnych”. Warto tu dodać, że w momencie powstania notatki, od dwóch dni trwał wielki strajk w toruńskim Towimorze. Tam do Prezydium Komitetu Strajkowego wybrano słynnego twórcę tzw. „struktur poziomych” w PZPR Zbigniewa Iwanowa – wówczas sekretarza ekonomicznego Komitetu Zakładowego PZPR.
 Bitwa o informację - przejąć ulotki
Tymczasem w Brodnicy zaczęły się pojawiać ulotki i to nie tylko „z importu!” 21 sierpnia Służba Bezpieczeństwa zabezpieczyła kilka takich o wymiarach 10x15, które były wykonane na … dziecięcej drukarence. Zawierały one „treści antysocjalistyczne” oraz „wymierzone przeciwko I sekretarzowi Komitetu Centralnego”. W wydziale pułkownika Marcinkowskiego (Toruń) uznano je za „wyrób brodnicki” (całkiem słusznie), w odróżnieniu od paru egzemplarzy „Robotnika” (nr 57 gazeta Komitetu Obrony Robotników), z których dwa egzemplarze ujawniono na toruńskim Rubinkowie, a jeden w Brodnicy (przyniósł go do komendy MO „zatroskany obywatel”). Na drugi dzień było jeszcze gorzej, bo funkcjonariusze MO i SB znaleźli w Brodnicy i Golubiu Dobrzyniu ulotki Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego ze Stoczni Gdańskiej! Był to namacalny dowód na to, że blokada wybrzeża nie działa, tym bardziej, że materiał ujawniony musiał być tylko szczytem góry. Jak wynika z raportów naczelnika Wydziału III toruńskiej SB kapitana Edwarda Duszy między 21, a 29 sierpnia każdego dnia natrafiano w Brodnicy na różnego typu ulotki, lecz ani razu nie zdołano ustalić kolporterów. 29 sierpnia o mało to się nie udało. O godzinie 15.30, z pociągu relacji Grudziądz – Działdowo pewien mężczyzna rozrzucił ulotki; najpierw na terenie brodnickiego dworca PKP, a potem na przejazdach kolejowych. Były to druki wydane przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w Gdańsku. Mimo błyskawicznego donosu z dworca, znanego rysopisu sprawcy SB-kom z Brodnicy, ani z Działdowa jednak nie udało się przejąć kolportera. Zresztą pojedynczy konspirator już wówczas znacznie tracił na ważności, ponieważ w zakładach dużych miast (Toruń, Grudziądz) regionu wrzało jak w ulu. Załogi firm albo strajkowały, albo szykowały się do strajku.
Akcja kierowców PKS
   Najlepsze rozeznanie w sytuacji, jaka istniała wówczas w województwie mieli …kierowcy PKS. Oni pierwsi wiedzieli, że część toruńskich strajków zakończyła się szybkimi podwyżkami płac, toteż 30 sierpnia (sobota) trudna dziś do liczebnego określenia grupa zaczęła opóźniać wyjazd z brodnickiej bazy Oddziału, namawiając pozostałych do wszczęcia strajku w celu wymuszenia podwyżek. Ponieważ część kierowców była zdania, że należy dać dyrekcji czas na rozpatrzenie postulatów (do podwyżki pensji dołożono także parę spraw socjalnych), po nerwowej dyskusji postanowiono, iż decyzję o strajku podejmą w poniedziałek (1 września). Tymczasem w ZSM POLMO, w ścisłym gronie kilkunastu ludzi, wśród których byli m.in.: Adam Raczyński, Jan Łukowski, Tadeusz Górski, Andrzej Mańkowski, Mieczysław Manelski, Jerzy Polanowski i inni rozważano możliwość wszczęcia strajku i precyzowano postulaty. Pierwotnie planowano natychmiast udać się na wydziały, przeprowadzić wiece robotników aby poznać ich zdanie, a następnie podjąć decyzję. Wiadomo było, że cześć (za to bardzo ważna) postulatów daleko wykracza poza kompetencje dyrekcji ZSM – jak chociażby odłączenie się brodnickiej firmy od Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego (przymusowa administracyjna czapa rozdzielająca zadania, zamówienia, ale też zżerająca sporo z zysku podległych zakładów), to też uznano, że tupnięcie bronią strajkową wstrząśnie także decydentami z wyższego szczebla. Zamysł był niezły, lecz właśnie 30 sierpnia wszystkich trochę zaskoczyły porozumienia szczecińskie, no a na drugi dzień była niedziela i porozumienie w Gdańsku. Te dwa wydarzenia na moment rozbroiły napięcia w zakładach. W poniedziałek rano lokalne gazety („NOWOŚĆI” dziennik toruński i „Gazeta Pomorska” dziennik Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) wielkimi tytułami ogłosiły „Załogi w kraju podejmują pracę”, „Ulga i odprężenie” (NOWOŚCI), „Zakończenie strajku” „W całym kraju wraca normalna praca” („Gazeta Pomorska”). Wśród przyjętych przez rząd 21 postulatów były także dwa punkty 8 i 9 mówiące: „Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen”, oraz „Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”. Wtedy (1980) „zwykły spawacz” mógł zarobić około 4-5 tysięcy brutto, więc dwa tysiące to była kupa kasy! Ba, kiedy już w poniedziałek załapano, iż „jak partia mówi, że coś da, to mówi” (nikt nie potrafił podać nawet przybliżonego terminu wypłat, jak też źródła pieniędzy), tymczasem ci, co sobie wystrajkowali, to dostali podwyżki niemal od ręki!
   Na wydziałach najpierw dyskutowano, a potem zwołano wiece. Pracownicy biurowca mieli osobną naradę. Z tego wszystkiego wynikła jedna konkluzja – strajk jest konieczny! Dość sprawnie wybrano Komitet Strajkowy ZSM POLMO, na którego czele stanął Andrzej Mańkowski i postanowiono, że 2 września będzie proklamowany strajk. Operacja „Lato 80” Służba Bezpieczeństwa, która miała swoją „wtykę” w Komitecie Strajkowym, a która od 22 sierpnia 1980, w całym województwie toruńskim prowadziła operację antystrajkową o kryptonimie „Lato 80” także przystąpiła do działań. Wszystkim członkom Komitetu Strajkowego założono teczki, natomiast agentów i kapusiów zobowiązano do szczególnej czujności. Polmowskiej straży przemysłowej natychmiast odebrano amunicję, a potem broń. Milicyjny posterunek drogowy, który od 23 sierpnia bez przerwy pełnił służbę na wylocie do Grudziądza (na Gdańsk) wzmocniono i uruchomiono drugi - stały na szosie do Nowego Miasta Lubawskiego.
   Część załogi POLMO wzięła kilka dni urlopu, kilkunastu „zachorowało”, lecz zdecydowana większość (około jednego tysiąca pracowników) przystąpiła do strajku. Przebiegał sprawnie i bez incydentów. Jeszcze pierwszego dnia (2 września), po południu do stojącej fabryki, której już wówczas pilnowała jedynie służba porządkowa KS dotarło kilku przedstawicieli załóg brodnickich firm (Zakłady Mięsne, PKS, Żelatyna, PBRol, Stolarnia). Ustalono, że jeżeli w ciągu najbliższych trzech dni Komitet Strajkowy POLMO nie uzyska akceptacji dla swoich postulatów, to należy wywołać strajk solidarnościowy zakładów w całej Brodnicy. W czasie gdy trwały rozmowy Komitetu Strajkowego z dyrektorem fabryki Zdzisławem Zabłockim (do którego w południe 2 września dołączyli przedstawiciele Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego) przed główną bramą zakładu zbierali się ludzie, głównie rodziny strajkujących. Niby nie czuło się jakiegoś specjalnie dużego napięcia, jednak gdy w pewnej chwili wyciągnąłem aparat fotograficzny (radzieckie cudo „Smiena 8”) natychmiast mnie ofuknięto, głośno spekulując czy przypadkiem nie jestem „bezpiecznikiem”. Chcąc nie chcąc musiałem się cofnąć od bramy, a choć zdjęcie i tak zrobiłem, to jakościowo kompletnie do bani.
   Rano 3 września, zastępcy przewodniczącego Komitetu Strajkowego Adamowi Raczyńskiemu dano znać, iż „na bramie” siedzi dwóch facetów z Grudziądza określających się jako przedstawiciele Komitetu Obrony Robotników. Raczyński po konsultacji z przewodniczącym Mańkowskim postanowił ich grzecznie „spławić”. Po latach stwierdził: „Trochę się obawialiśmy, że zaczną nam robić politykę, a my mieliśmy konkretne sprawy do załatwienia i odpowiedzialność za wielu ludzi”.
   Strajk skończył się tego samego dnia. Nie była to decyzja jednomyślna, bo część członków Komitetu Strajkowego uważała, że przedłużenie strajku da dobry powód do takiego innym brodnickim załogom, aby one także załatwiły swoje sprawy przy pomocy „pistoletu strajkowego”. Mimo kontrowersji podpisano porozumienie, w którym obie strony „nieco odpuściły”, lecz pracownicy ZSM POLMO w sumie dopięli swego. Dostali natychmiastowe podwyżki pensji, wyrażono zgodę na odłączenie się zakładu od Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego (trochę to potrwało), dyrekcja przystała na wybory nowej Rady Zakładowej według regulaminu przygotowanego przez Komitet Strajkowy (także jej działalność miała być oparta na nowym Statucie stworzonym przez KS) . Dyrekcja uznała powstanie komitetu założycielskiego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników POLMO, (kierował nim Mieczysław Manelski), a który szybko zmienił nazwę na Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność” przy ZSM POLMO (po krótkim okresie organizacyjnym dokonano wyborów i na czele komisji zakładowej NSZZ”Solidarność” przy ZSM POLMO stanął Tadeusz Górski. Była to największa organizacja związkowa w mieście.
   Kilka dni po wydarzeniach wrócił z urlopu mistrz na wydziale W-1 Edward Semeniuk. Rozejrzał się po firmie, posłuchał relacji o strajku i postanowił wstąpić do NSZZ ”Solidarność”, zaczynając tym samym najgłośniejszą z brodnickich karier związkowych… Ale to trochę inna historia.
Piotr Grążawski