aktualnościzdjęciaRada Regionalna SIPmultimedialne archiwumwładzeProgram
Czwartek, 24 maja 2018
Imieniny: Joanny, Zdenka, Zuzanny
TU, SKĄD DUCH MAZURKÓW CHOPINA...
 

     Biografowie znakomitego polskiego kompozytora Fryderyka Franciszka Chopina (1810- 1849) niemal zawsze wspominają o jego pobycie w Szafarni koło Płonnego (niedaleko Golubia-Dobrzynia i Brodnicy), gdzie dziś stoi dworek słynny z odbywających się tam koncertów fortepianowych. Wprawdzie nie jest to oryginalny dom, który odwiedzał i mieszkał w wakacje młody kompozytor (tamten , własność rodu Dziewanowskich - nowy właściciel rozebrał i prawie na tym samym miejscu postawił nowy, ten przetrwał do dziś), tym niemniej jego wnętrza są tak zaaranżowane i stworzono tu taki klimat, że duch Chopina wyziera z każdego miejsca (nawet staw ma kształt fortepianu). Znawcy tematu przyznają, iż fakt przebywania młodego Chopina w tych okolicach, jego zetknięcie się z folklorem było znaczące w rozwoju twórczej weny muzyka. Mało jednak mówi się, iż Szafarnia wcale nie była jedyną miejscowością tego kawałka ziemi dobrzyńskiej, którą Chopin odwiedził.

       A wszystko zaczęło się w 1822 roku, gdy 18 –letni Fryderyk poznał przebywającego w pensjonacie Chopinów Dominika Dziewanowskiego- kontynuatora słynnej linii rodu od XVII wieku osiadłego w Szafarni, około 8 km od Golubia Dobrzynia. Dość powiedzieć, iż ojciec Dominika, Juliusz, był rodzonym bratem bohatera spod Somosierry (1808r) pułkownika Jana Nepomucena Dziewanowskiego.

   W wakacje 1824 roku Dziewanowscy zaprosili Fryderyka Chopina do Szafarni, gdzie przyjęto go z wielką gościnnością, zaś szczególną opieką otoczyły go dwie śliczne siostry Dominika- Józefa i Ludwika, podobno poproszone o to osobiście przez panią Chopinową, drżącą o słabe zdrowie syna.

   Trzeba wiedzieć, że rodzina Dziewanowskich należała do elity szlachty dobrzyńskiej, prowadziła dom otwarty, utrzymując szerokie kontakty z innymi okolicznymi dworami. Wieść o przyjeździe młodego panicza z Warszawy, „biegłego w sztuce kompozycji fortepianowych” natychmiast rozeszła się po okolicy, czego następstwem były liczne zaproszenia. Wiemy, także ze wspomnień samego Chopina, że był częstym gościem dworku w Sokołowie, gdzie jego właścicielom Wybranieckim, oraz licznie zgromadzonym sąsiadom grywał swoje utwory.

W liście do rodziców pod datą 10 sierpnia 1824 rok Fryderyk pisał: „(...) W sobotę było wiele gości w Szafarni, pan Podoski, pan Sumiński, państwo Piwniccy, pan szambelan Piwnicki, pani Borzewska, brat pani Dziewanowskiej, pan Wybraniecki z Białobłockim (...)”.

   No właśnie, w Sokołowie miał też innego przyjaciela, a mianowicie Jana Białobłockiego herbu Ogończyk. Młodziency poznali się, gdy Jan pobierał nauki w Liceum Warszawskim, mieszkając w pensjonacie Chopinów. To musiała być silna przyjaźń, skoro Frydereyk nie tylko wiele razy odwiedzał przyjaciela w trakcie pobytu w pobliskiej Szafarni (1824-1825), ale również dlatego, że dość regularnie pisali do siebie listy.  

    Niestety Jan Bialobłocki, w wieku 23 lat zmarł (1823) dość niespodziewanie. Wówczas jego matka, porządkując rozmaite rzeczy, które po sobie zostawił, znalazła także listy od Chopina. Postanowiła je zachować zamykając w sekretnym sekretarzyku. Wkrótce po tym ojczym Jana -Antoni Wybraniecki zaangażował się w sprawy narodowe i wziął udział w powstaniu listopadowym, co po jego upadku spowodowało liczne represje, w tym rewizje sokołowskiego dworu. Któryś z carskich śledczych znalazł korespondencję chłopaków, a najwidoczniej nie mogąc rozczytać czego dotyczy, lub z braku na to czasu skonfiskował ją w całości.

   Kilkadziesiąt lat później, w roku 1921, na mocy traktatu ryskiego, bolszewicka Rosja zwróciła Polsce część zagrabionych akt i innych dóbr ruchomych. Cztery lata później jeden z archiwistów szukając jakichś dokumentów przekładał stos odzyskanych „papierzysk”, gdy zupełnie niespodziewanie wpadły mu w ręce owe listy młodego kompozytora. W roku 1926 wydał je Stanisław Pereświet- Sołtan, a dziś są „białym krukiem” pilnie poszukiwanym przez miłośników Chopina.

   W rodzinnym albumie Fryderyka zachowała się też dość obszerna notatka poświęcona jego koncertowi na organach oborskiego kościoła klasztornego Ojców Karmelitów (na pamiątkę tego wydarzenia jest w kościele klasztornym stosowna tablica). Pewnie nie było to wielkie wydarzenie muzyczne, ponieważ kompozytor nie był organistą ale może świadczyć o pewnej zażyłości z rozmaitymi środowiskami tutejszego społeczeństwa. Zresztą, że tak właśnie było, wynika i z jego listów do rodziny, które często przekształcał w swoistą parodię popularnego wówczas „Kuriera Warszawskiego”, nazywając je wtedy „Kurierem Szafarskim” (właściwie „Kuryerem Szafarskim”), gdzie „wiadomości krajowe” odnosiły się do zdarzeń zaszłych w posiadłości Dziewanowskich, zaś „wiadomości zagraniczne” dotyczyły opisów jego wojaży po pozostałych rejonach ziemi dobrzyńskiej, lub rozmaitych śmiesznych anegdot, których sam był świadkiem, lub o których słyszał. 

   I tak pod datą 16 sierpnia 1824 roku „Kuryer Szafarski” w „Wiadomościach Zagranicznych” donosi: „Pewien obywatel w okolicy chciał czytać Monitora. Wysłał więc służącego do Xięży Karmelitów w Oborach, prosząc o pismo periodyczne. Służący w życiu o piśmie periodycznym nie słysząc, przekręcił wyraz i spytał się Xięży o pismo hemoroidyczne.”

   Innym razem, pod data 27 sierpnia 1824 „Kuryer Szafarski” przyniósł rodzicom Fryderyka taka relację: „Dnia 26 M. I R.b. w Sokołowie indyk wlazł ukradkiem do ogrodu. Kania chowana od młodości w ogrodzie, w życiu nie widząc indyka, krzywo na niego patrzała, a zbliżywszy się oczy mu wydrapać chciała. Indyk się napuszył, a widząc, że miną nic nie wskóra wziął się do dzioba. Wszczęła się walka: zwycięstwo żadney stronie nie sprzyja, aż na koniec po długey potyczce indyk zwycięzca, wydziobawszy kani oko prawe smutnie pojedynek zakończył.”

„Kuryer” z 2 września 1824 r donosi o awanturze, do jakiej doszło między psem a kotem w miejscowości Białkowo (gmina Golub-Dobrzyń)

 

   Lektura owych „kuryerowych” listów ujawnia niebywałe poczucie humoru ich autora. Sam siebie nazywa w nich Jaśnie Wielmożnym Panem Pichoniem, Jakubem, lub też Franciszkiem Chopinem (rolę „cenzora” pełniła urocza panna Ludwika Dziewanowska, która raz tak się tym przejęła, że próbowała wykreślić jakieś zdanie z listu kompozytora, na co ten napisał: „Bardzo proszę cenzora, nie krępować mi ozora”).

 

   Poczucie humoru to jedno, lecz co nas tu pewnie bardziej interesuje- pisma ujawniają żywe zainteresowanie młodzieńca kulturą ludową; zwyczajami, pieśniami. Może to były jakieś wspomnienia, jakieś reminiscencje z wczesnego dzieciństwa, gdy matka (Justyna z Krzyżanowskich) śpiewała mu do kołyski piosenki ze swoich rodzinnych stron (pochodziła z niedalekiej kujawskiej miejscowości Długie)? Może. Faktem jest, że nie opuszczał żadnej okazji do uczestnictwa w ludowych obrzędach, co również go bawiło. W swoim „kurierowym” liście z dnia 26 sierpnia 1825 roku pisał m.in.: „(...) tego samego dnia okrężne dwóch wsi się odbyło (...) JPanna Agnieszka Guzowska i JPanna Agnieszka Turowska-Bąkiewna pompatycznie, z wieńcami na głowach, przewodniczyły żniwiarkom, prowadzone od dwóch mężatek, z pęczkami w rękach. Stanąwszy w takiej kolumnie przed samym dworem, odśpiewali wszystkie strofy, z których to każdemu łatkę przypinają, a między innymi dwie następujące strofy mnie:

 >Przede dworem (...) zielony kierz,
Nasz warszawiak chudy kieby pies.
Na stodole stają jętki,

Nasz warszawiak bardzo prędki.<

    Innym razem, gdy Dominik Dziewanowski zabrał go kiedyś w okolice Dobrzynia, a tam właśnie odbywało się jakieś żydowskie święto, czy może wesele (jeszcze w 1938 roku w Dobrzyniu mieszkało więcej niż 3 tys. Żydów, co stanowiło ponad połowę wszystkich mieszkańców), no, w każdym razie klezmerzy grali swą muzykę na całego, Chopin stanął jak wryty i za nic na świecie nie chciał się ruszyć z miejsca żydowskiej zabawy. To tam właśnie narodziła się w jego głowie kompozycja Mazurka a-moll, którego światek miłośników muzyki i wtajemniczeni od razu nazwali „Żydkiem”.

   Można podsumować, że na interesującym nas terenie Fryderyk Chopin przebywał w następujących miejscowościach (a w każdym razie wymienił je w „Kuryerze Szafarskim”): Białkowo (wraz z Pulkiem, Kurencczynem, Dabrową, Słomianami i rumunką Sadykierz należało wtedy do dóbr sokołowskich, stanowiących własność Antoniego Wybranieckiego, ojczyma Jasia Białobłockiego, kolegi Chopina), Dulnik (osiedle Nowogrodu), Obory (wieś częściowo klasztorna z kościołem i klasztorem karmelitów -Mariae de Monte Carmelo), Sokołowo (własność Antoniego Wybranieckiego, zresztą wtedy też właściciela Dobrzynia nad Drwęcą). Do tego trzeba dodać miasta Golub, Dobrzyń i Kowalewo (o czym niżej)

   Wszyscy biografowie pianisty zgodnie podkreślają, że jego pobyt na wsi dobrzyńskiej, zetknięcie z tutejszym folklorem miały znaczny wpływ na jego twórczość. Adolf Nowaczyński („Młodość Chopina”) stwierdził nawet, że „właśnie tam, na ziemi dobrzyńskiej młody Chopin „najbardziej przepoił się polskością, nabuchał polszczyzny”.

 Jeden z listów, jakie z Warszawy wysłał (27 lipca 1825r) do Jasia Białobłockiego zakończył wykrzyknikiem „Ach Sokołowo mi zapachniało!”.

   Wiemy (niestety bez szczegółów), że Chopin przebywał też w Kowalewie. Znany jest jego list do rodziców, wysłany stamtąd 19 sierpnia 1824 roku. Wspomina w tym piśmie o jakiejś podróży na Pomorze, lecz bez bliższych danych.

     Wyliczanie miejscowości i śladów pobytu młodego Fryderyka Chopina na tej ziemi jest zabiegiem niejako nobilitującym okolice Golubia-Dobrzynia. Przy czym nie jest to nobilitacja w spotykanym często stylu – „patrzcie, pod tą lipą leżał onegdaj Napoleon” (z czego na dłuższą metą dla obu stron nic nie wynikło), lecz nobilitacja –czytając biografów -absolutnie autentyczna, bo obie strony na tych kontaktach zyskały i czegoś nauczyły się od siebie nawzajem (skoro w utworach największego kompozytora pobrzmiewa nuta z tych stron, to co to jest jak nie zdrowe wywyższenie i duma?).

   Teraz, gdy będziemy słuchać nieprawdopodobnie muzycznie pięknych mazurów i polonezów, to pomyślmy o tym, iż stanowią one nie tylko przykład dzieł o wybitnie polskim charakterze, gdzie twórca nawiązał w nich do polskiej pieśni ludowej i wykorzystał wszystkie jej właściwości różnorodność rytmów z charakterystycznymi akcentami, piękno melodii, odrębność tonalną, itd., ale pomyślmy też o tym, że znaczna część to echo folkloru ziemi dobrzyńskiej. Bo choć Chopin nie wykorzystał tutejszych melodii ludowych w sposób dosłowny, to przecież w wielu swoich utworach wykorzystał ich ducha i ten „duch” w jego muzyce tak cudownie głaszcze nasze serca do dziś.

Piotr Grążawski

« powrót