aktualnościzdjęciaRada Regionalna SIPmultimedialne archiwumwładzeProgram
Czwartek, 24 maja 2018
Imieniny: Joanny, Zdenka, Zuzanny
O TYM JAK OBRAZ MATKI BOSKIEJ BRZEMIENNEJ DO CHEŁMONIA TRAFIŁ
Część I - Legenda

B

yło to dawno, dawno temu. Pewnie na początku XVII wieku, a może nawet ciut wcześniej. Tak... To możliwe, że nawet troszkę wcześniej. Żył sobie wówczas w Chełmoniu pasterz Bartłomiej. Wiecie jak to z pasterzami, bo chyba każdy w swoim życiu miał szczęście poznać jakiegoś pasterza. No, przecie, że tak.

  Tedy wiecie, iż pasterze wiele wiedzą, wiele czują, na wielu sprawach się znają. Nie może być inaczej, ponieważ całe życie, od wiosny do zimy, przebywają pod gołym niebem, gdzie ich Pan Bóg uczy.

    Jak uczy? Ano na przykład doświadcza różną pogodą, lecz przedtem daje rozmaite znaki, zapowiedzi, na przykład; przed deszczem nisko latają jaskółki, gdy wrony siadają na wewnętrznych gałęziach, to przyjdzie mróz i tak dalej.

   Pasterze mają sporo czasu, bo przecież ciągle nie będzie się patrzył na krowi ogon, skoro ta pasie się spokojnie, a zresztą od czego jest pies?! Czasem pasterze siadają sobie przy ognisku i jeden drugiemu opowiadają rozmaite rzeczy, radzą, dzielą się doświadczeniem; ta roślina jest na to, tamta na to, inna na ajfto. Czasem zwyczajnie plotkują, czasem klepią niestworzone rzeczy o duchach, zjawach, upiorach, czasem śpiewają (niekoniecznie przyzwoite piosenki) czasem słuchają gry na piszczałce z kory, a czasem jaki zdolny potrafi nawet skrzypki wystrugać.

   Właśnie Bartek to potrafił... Nooo, może tak do końca to nie były takie skrzypki, jakie większość z nas zna, bo i pewnie drewno podłe, struny z końskiego ogona, skala dźwięków też inna. Nieważne, skoro Bartek potrafił na nich grać.

   Usłyszał raz ksiądz, gdy Bartłomiej grał wieczorem przy figurce Matki Boskiej, tej, no wiecie, która kiedyś stała przy rozstaju na Lipienicę. Usłyszał i mówi: „Ejże Bartłomieju, dał ci Pan Bóg talent, to słusznie robisz, gdy go Matce Boskiej prezentujesz”.

 

   Tak się Bartek przejął tym księżowskim gadaniem, że od tamtej pory, gdy tylko mógł stawał przy figurze, po czym grał do późnej nocy. Czasem nawet, gdy gdzie blisko krowy pasł, to zostawiał na straży psa, a sam biegł pod figurę, aby Najświętszą Pannę jakąś piękną melodią pochwalić. No tak, tak właśnie robił.... Tamtego dnia też, choć stado miał większe do upilnowania...

Zostawił je z psem, a pewnie jakoś by to było, gdyby nie błyskawica. No tak, błyskawica, grom, piorun, czy jak tam jeszcze je nazywają.

Spadła z jasnego nieba! Huknęło, niby ze stu armat i krowy się rozbiegły. Poleciał Bartek bydło zganiać, ale spędził tylko te co były na polach, a tu kilka z nich poszło w las, w knieje pod Lipienicę. Nie było rady, chłop wziął do garści wielki kij, po czym ruszył w las szukać krów. Idzie, woła, krzyczy, wypatruje... Gdzie tam! Gorzej, bo zmrok powoli zapada, a kiedyś, to nie dziś – wilków w lesie zatrzęsienie.

   Siadł se tedy Bartek na pieńku, głowę w dłoniach schował i westchnął – „Jak mi Matka Boża nie pomoże, tak po bydlakach, zaś mnie bieda aż strach”.

Nagle doszła go do uszu jakaś muzyka. Zerwał się na równe nogi, słucha... Poznał! Toć to jego muzyka z jego skrzypek! Szła gdzieś od strony Elgiszewa. Ruszył w tamtą stronę, ale uszedł może pięć kroków, patrzy, a tu, gdzieś przy leśnej drodze blask niesamowity bije w ciemnościach. Podszedł i co widzi? Oto na skraju duktu leży obraz, nic tylko wizerunek Matki Bożej, choć inny, niż do tej pory w paru kościołach widział. Skąd się wziął w środku lasu, tego nie wiadomo. Potem gadali, że może z woza jakiego biskupa wypadł, ale po co taka szacowna osoba by miała po naszym lesie jeździć?...

   Tak, czy siak było, chwycił Bartek obraz, nabożnie ucałował i wiedząc, że nic to po nocy krów szukać, zabrał malowidło, po czym pobiegł do dziedzica Zygmunta Konarskiego.

Po co do dziedzica? A czy ja wiem?! Może dlatego, że jego krowy były. Wpada na dziedziniec i najpierw widzi, że całe stado jest w komplecie. Te z lasu jakoś same widać przyszły.

   Opowiedział panu co, jak, gdzie kiedy, zaś ten chciał go nawet trochę zrugać, za to, że bydła nie pilnował, ale jak zobaczył obraz, to sam aż przyklęknął, zbladł z wrażenia, a potem natychmiast wysłał służącego po dobrodzieja proboszcza.

Razem uradzili, że obraz trzeba godnie w ołtarz oprawić w chełmońskim kościele, co zresztą ładnie się złożyło, bo pan dziedzic Konarski miał właśnie do Pana Boga jakąś pilną ważną intencję...

   Od tamtej pory jest u nas. Modlimy się przed nim, zaś Pani Nasza pociesza, wstawia się za nami, czasem nawet cud wyprosi, dzieciom błogosławi, przyszłe matki wzmocni...Zresztą... Najlepiej pójdźmy do kościoła, sami zobaczycie.

 Część II Życie

     Kilka kilometrów od Kowalewa Pomorskiego leży stara wieś Chełmnie. Po raz pierwszy została zanotowana w dokumentach historycznych pod datą 1222 rok (jako Colman), gdy książę Konrad Mazowiecki przekazał ją biskupowi misyjnemu Chrystianowi.

   W XIV wieku, prawdopodobnie z krzyżackiej fundacji, pobudowano kościół pod wezwaniem św. Bartłomieja (pod tym samym wezwaniem erygowano parafię chełmońską).

   Sam budynek świątyni jest czteroprzęsłowy, gdzie prezbiterium zaznaczono obniżeniem stropu i zwężeniem ścian. Na osi, nieco później, dobudowano zakrystię, a od południowej strony korpusu, kruchtę wejściową. Wschodnią ścianę ozdobiono schodkowym szczytem z pięcioma ostrołukowymi blendami (płytkimi wnękami). Trójkątny wschodni szczyt zakrystii (II połowa XIV wieku) także jest ozdobiony blendami (czterema), pomiędzy którymi są ukośne lizeny (płaskie, pionowe pasy, lekko występujące z lica muru). Elewacja ściany zachodniej jest zwieńczona trójkątnym szczytem, zbudowanym dopiero na przełomie XVI i XVII wieku. Okna małe, ostrołukowe. Dach dwuspadowy, pokryty dachówką (tzw. karpiówką). Całą świątynię otacza neogotycki mur z 1870 roku.

   Sam kościół malowniczo posadowiono na niewielkim wzgórzu.

Gdy wejdziemy do wnętrza tej w jakże typowej dla wiejskich parafii Pomorza Nadwiślańskiego starej gotyckiej świątyni od razu rzuci nam się w oczy niezwykle okazały manierystyczny ołtarz z początku XVII wieku, ufundowany przez niegdysiejszego właściciela Chełmonia, kolatora tej świątyni Zygmunta Konarskiego.

   Zdaniem znawców, w całym wystroju znać manierę dominikanów z Torunia, łącznie z ich artystyczną wizytówką umieszczoną na samym szczycie ołtarza, czyli obrazem Matki Bożej Różańcowej ze św. Dominikiem i św. Katarzyną ze Sieny. Pozostałe obrazy „dość poprawnej roboty” przedstawiają Archanioła Gabriela i Matkę Bożą w ekstazie, oraz trzy- wyobrażające tajemnicę wcielenia Syna Bożego. Warto zwrócić uwagę na rzeźby. Od razu widać, że nie byle jaki snycerz je wykonał. Pełnoplastyczne postaci zachwycają skrupulatnym wykończeniem, dopieszczeniem detali.

    Jednak najważniejszy skarb tego kościoła znajduje się w ołtarzu głównym, tuż za specjalną zasuwą, chroniącą go na co dzień.

   Oto tu, od ponad 300 lat eksponowany jest niezwykły obraz, a mianowicie słynący łaskami, określany jako cudowny wizerunek Matki Bożej Brzemiennej. Nikt nie wie skąd tu przywędrował, kto go namalował, kiedy dokładnie przyszedł do Chełmonia. Można jedynie pokusić się o spekulacje, że być może jest równolatkiem swojej oprawy, czyli wielkiego, manierystycznego ołtarza z początku XVII wieku.

   Wprawdzie jeden z proboszczów Chełmonia – ksiądz Franciszek Lange (duszpasterzował w latach 1874-1909) zapisał następujące słowa: „Tak mi powiadają, ale już nikt tego sam nie pamięta, że tu podobno, gdzieś w lesie, pastuch znalazł ten obraz, jak szukał bydła po lesie”... Hmm, legenda bardzo podobna do tej z Sanktuarium w Licheniu, lecz dużo wcześniejsza.

Na dodatek, gdyby wgłębić się w lekturę starych akt wizytacyjnych, to znajdziemy tam wzmianki o srebrnych wotach w postaci figur i rytów... zwierząt domowych. Coś z ta legendą na rzeczy jest, lecz ile z tego prawdy, a ile legendy? Może postać pasterza Bartłomieja, tak do końca nie jest tylko ludowym wymysłem? Może...

 

   Sam obraz jest naprawdę niezwykły. Malowany na płótnie, przedstawia Marię do połowy Osoby. Madonna ma na nim długie, rozpuszczone, ciemne włosy, zaś jej głowę wieńczy nałożona na obraz srebrna korona i otacza 12 złotych gwiazd („a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu" Ap 12,1) z odchodzącymi promieniami. W lewej ręce trzyma księgę, natomiast prawą ma ułożoną tuż przy piersiach w geście, jakim od wieków malarze uwieczniają brzemienne kobiety. Obraz ozdabia nałożona sukienka ze srebrnej blachy pochodząca z II połowy XVIII wieku (na pokrycie jej złoceniami przeznaczono podobno 6 dukatów).

Opisując popularnym językiem – twarz Marii jest bardzo ładna. Malarz ukazuję Ją jako piękną, młodą kobietę, o szlachetnych rysach i pogodnym, łagodnym wyrazie twarzy – doskonała renesansowa szkoła!

   Przed obrazem płoną zawsze cztery świece. To stara tradycja, której korzenie trudno dziś odgadnąć (może pamiątka czterech ewangelii?), a gdy obraz jest odsłaniany, lub zasłaniany wszyscy w kościele powinni być na klęczkach z pochylonymi głowami.

   Mówią, że na szczególne łaski mogą liczyć modlące się przed tym obrazem chore dzieci, przyszłe matki i ci, którzy mają kłopoty ze wzrokiem.

 

   Lecz nawet jeżeli akurat nie masz żadnej pilnej sprawy do Pana Boga (co trudno sobie wyobrazić), to i tak trzeba tu bezwzględnie przyjechać i samemu spojrzeć na to dość niezwykłe dzieło nieznanego autora. Ci, którzy potrafią się modlić, niech to koniecznie zrobią w tym miejscu, zaś ci którzy tego nie potrafią i nie chcą próbować, niech na wizerunek Matki Bożej Brzemiennej popatrzą z najwyższym szacunkiem, jak na dzieło artystyczne, a wkrótce -  może i bezwiednie - podziękują Bogu, że pozwolił ludziom głosić Jego chwałę przez TAKĄ sztukę...

 

« powrót